18 grudnia 2019

Wszystkie próby powstrzymywania nowoczesności kończą się fiaskiem

Redakcja

O globalnych szansach na rozwój sektora rolno-spożywczego, wyzwaniach w rolnictwie i nowoczesności rozmawiamy z profesorem Andrzejem Kowalskim, Dyrektorem Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Według szacunków ONZ do 2050 roku globalnie liczba ludności wzrośnie do niemal 10 mld. Powierzchnia obszarów pod zasiewy kurczy się w wyniku erozji gleby i wzrostu temperatury w niektórych regionach świata. Masowa wycinka lasów nie może być rozwiązaniem. Co w takim razie może nim być, aby zabezpieczyć potrzeby żywnościowe świata?

Faktem jest, że liczba ludności na świecie wzrasta. Chociaż zawsze warto przypomnieć, że ten wzrost jest nierównomierny. Azja, Afryka, tam ludności będzie przybywało, natomiast w krajach europejskich liczba ludności maleje. . Jednocześnie rośnie też liczba osób z dochodami wysokimi i średnimi. To istotne sprawy, gdy mówi się o wzroście popytu Trzeba też pamiętać, że globalnie społeczeństwo się odmładza, a ludzie młodzi mają znacznie większe potrzeby żywieniowe. To wszystko potwierdza, że popyt na żywność będzie rósł. Jednak to tylko jedna strona medalu. Po jego drugiej stronie mamy rosnącą produkcję w krajach, które do niedawna były importerami żywności. Wystarczy wspomnieć Rosję czy Chiny. Ale to zjawisko obserwujemy nawet w takich krajach jak Arabia Saudyjska.  Dlatego nie bałbym się tego, że maleje ilość gruntów rolniczych. Oczywiście, biorąc pod uwagę aspekt środowiskowy, jest to zjawisko negatywne, ale możliwość wyżywienia rosnącej populacji nie jest zagrożona. Trzeba także pamiętać, że obserwujemy coraz większą wydajność z hektara. Mniejsza jednostka powierzchni jest dziś w stanie wyżywić znacznie więcej osób.

Pojawia się pytanie, czy w niektórych regionach intensywnego rolnictwa nie osiągnęliśmy już szczytu tej wydajności, np. w krajach zachodnich?

Mówi pan o „prawie malejącej wydajności”, czyli twierdzeniu, że po osiągnięciu   jakiegoś maksimum, wydajność będzie musiała zacząć spadać. To teoria, która raz po raz przetacza się w publicznej dyskusji, natomiast nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. Krzywa wydajności rośnie nieprzerwanie. Ciągle pojawiają się nowe technologie, techniki uprawy czy hodowli, które przesuwają nas naprzód. W tej chwili już nikogo nie dziwi, że w krajach skandynawskich uprawiamy pszenicę. A jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się to niemożliwe.

Więc jak to się udało?

Zmiana klimatu, ale przede wszystkim nowe, udoskonalone odmiany pszenicy, dostosowane do warunków skandynawskich. Dlatego nie odważyłbym się powiedzieć, że osiągnęliśmy maksymalną wydajność. Ona na pewno będzie rosła.

Pytanie, jakim kosztem?

Gdybyśmy zapomnieli o postępie technologicznym, musielibyśmy liczyć się z poważnymi konsekwencjami środowiskowymi, które wynikałyby z liniowego wzrostu stosowania nawozów sztucznych i środków ochrony roślin. Ale w tej dziedzinie mamy ciągły rozwój.  Pojawiają się nowe rozwiązania i nowe substancje, które zastępują to, co szkodzi środowisku najbardziej. Obserwujemy też chociażby rozwój rolnictwa precyzyjnego, które pozwala na dostarczenie roślinie tyle składników pokarmowych i środków ochrony roślin, ile akurat potrzebuje do optymalnego wzrostu. W wielu krajach, stosujących te technologię na szeroką skalę, w których do tej pory stosowano bardzo dużo nawozów sztucznych, obserwujemy spadek takiego nawożenia.

Między innymi FAO mówi o konieczności zwiększenia produktywności przy ograniczaniu wpływu na środowisko. Zrównoważony rozwój i nowoczesność są odpowiedzią na te wyzwania?

To trudne pytanie. Zrównoważony rozwój ma wiele definicji. Ta najbardziej popularna zakłada, że muszą być zbalansowane aspekty ekonomiczne, społeczne i środowiskowe. Na pierwszy rzut oka nie budzi to żadnych wątpliwości. Ale gdy spojrzymy uważniej, musi pojawić się pytanie, jak to policzyć? Czy zrównoważony rozwój rolnictwa afrykańskiego i europejskiego będzie taki sam? Tu odpowiedź nie jest jednoznaczna. Natomiast nowoczesność z całą pewnością dąży ku lepszej produktywności. Nowe odmiany, gatunki, nowe technologie. Problemem jest to, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć.

Co ma Pan na myśli?

Dla jednych GMO to jest olbrzymia szansa na rozwój, dla innych duże zagrożenie. Wydawałoby się, że nikt nie będzie przeciwny robotyzacji. Także w Polsce brakuje przecież ludzi do pracy, więc wprowadzenie np.  „inteligentnych” kombajnów do zbiorów owoców miękkich, które potrafią dokonać zbiorów, rozróżniając stopień dojrzałości, wydaje się oczywistością. Jednak znowu pojawia się kwestia utraty kontroli nad sztuczną inteligencją. Stale też wraca pytanie, jak daleko możemy się posunąć, gdzie postawić granicę. Ciągle trwa o nią walka. Jak wynaleziono miecz, to bardzo szybko pojawiła się tarcza. Gdy udoskonalono miecz, to wzmocniono z kolei tarczę. Ciągle trwa ta walka. Walka między tradycją a nowoczesnością.

Pytanie, czego chcą konsumenci?

No właśnie. To zagadnienie, które znowu rodzi wiele pytań.  Z jednej strony mówi się, że konsumenci poszukują tradycyjnego smaku. Ale skąd w takim razie tak duży popyt na dania gotowe? Aktywność zawodowa i brak czasu zachęcają do korzystania z żywności tego typu. Historia gospodarcza pokazuje, że przed nowoczesnością i efektywnością nic się nie obroni. Wszystkie próby powstrzymywania jej kończą się fiaskiem.

Wielu ekspertów twierdzi, że w najbliższym czasie oprócz zapotrzebowania na ziemię coraz ważniejszym aspektem w produkcji żywności będzie woda. Czy zgadza się Pan z taką oceną?

Brak wody jest znacznie większym problemem niż kurcząca się powierzchnia. Dziś na skalę przemysłową potrafimy np. produkować żywność wertykalnie, co wymaga niewielkiej ilości gruntów. Jest też wiele innych rozwiązań, które pomagają się uporać z tą kwestią. Problemu wody natomiast nie potrafimy rozwiązać. Nie istnieją dziś rozwiązania, które pozwalałyby wytwarzać na dużą skalę wodę pitną. Wprawdzie wody na świecie jest dużo, ale wody pitnej jest coraz mniej. Jej deficyt odczuwalny jest już nie tylko w Afryce, ale także w Europie. Chociażby w Polsce. Kiedyś susze zdarzały się raz na pięć lat albo rzadziej. Teraz susza jest właściwie co roku w znaczącej części naszego kraju.

Czy możemy jakoś się przed tym chronić? Bez wody nie ma rozwoju sektora rolno-spożywczego w Polsce. Ba, nie będzie żywności.

Konieczne jest stworzenie systemu zarządzania wodą. Nie wystarczy działać w sposób punktowy, zmeliorować region czy założyć deszczownię w jednym gospodarstwie. Tak jak system nie będzie wydolny bez integracji wszystkich elementów. Tak samo nie da się zbudować racjonalnego systemu zarządzania wodą bez myślenia całościowego. Krótko mówiąc, musimy zatrzymywać wodę, kiedy jest jej dużo i uwalniać, kiedy jest jej mało. Musi to być działanie systemowe. Woda to jest olbrzymi problem dla rolnictwa: produktywności i efektywności gospodarowania, ale także rozwoju agroturystki, akwakultury przy większych zbiornikach, energetyki wodnej czy transportu rzecznego. Konieczna jest mapa drogowa zarzadzania wodą.   

Woda w krajach, które borykają się z jej brakiem, jest traktowana jako drogocenny zasób i wykorzystywana oszczędnie. W Polsce w ogóle tego nie widać.

O wodzie przypominamy sobie dopiero w momencie klęsk żywiołowych, głównie powodziowych. Że trzeba meliorować albo naprawiać wały przeciwpowodziowe. A przez wiele lat zdarzało się, że nawet w budżetach wojewodów były środki na gospodarowanie wodą i były niewykorzystane. Tymczasem bilans wodny w Polsce jest na poziomie podobnym jak w Egipcie, na Cyprze czy Malcie. Gospodarowanie wodą musi być bardzo precyzyjne i przemyślane, bo od niego będzie zależeć sytuacja przyszłych pokoleń.

Jak pokazuje chociażby Izrael, można to zrobić.

Dokładnie. Taki system jest w Izraelu. Od paru lat jest tworzony w Europie między innymi Portugalii. Ale początkiem musi być świadomość, że nie jest to tylko problem ministra rolnictwa, ale całego społeczeństwa. Nie tak dawno temu w Skierniewicach zabrakło wody. Coś co do niedawna w Polsce było niewyobrażalne, stało się faktem. Trzeba działać. Bez regulacji nie ma mowy o poprawie produktywności, poprawie dochodów rolników i sukcesie eksportowym.

Dla rolnictwa bardzo ważne jest także dbanie o glebę, poprawianie jej zdolności absorbcji wody, większa ilość próchnicy. 

W gospodarstwach bezinwentarzowych struktura gleby się pogarsza. Dlatego tak istotna jest rola hodowców, którzy dostarczają naturalny nawóz. Jednym z powodów suszy jest fakt, że zbyt mało pól jest nawożona organicznie. To dla mnie kwestia bezdyskusyjna.  

Jednak presja społeczna, aby nie stosować obornika czy gnojowicy, jest coraz większa. Padają argumenty, że taki nawóz jest wręcz szkodliwy, a przede wszystkim – ma nieprzyjemny zapach. 

Ci, którzy krzyczą, że produkcja zwierzęca niezbyt ładnie pachnie, w większości jedzą mięso. Nie można mówić o zrównoważeniu, a jednocześnie być przeciwko wykorzystaniu nawozów organicznych. Mamy tutaj paradoks. Z jednej strony olbrzymie areały w Polsce nie są nawożone organicznie, a z drugiej hodowcy nie mogą zagospodarować odchodów zwierzęcych. Problemem jest też brak planu zagospodarowania przestrzeni. Nie trudno sobie wyobrazić, że w każdej gminie można znaleźć tereny, na których budowa obiektów inwentarskich nie byłaby uciążliwa dla mieszkańców. Ale jest to istotne nie tylko ze względu na hodowców. Ile dzisiaj w Polsce mamy przysiółków, kolonii, pojedynczych domów, do których trzeba doprowadzić zdobycze cywilizacji na koszt gmin. Potem rosną konflikty, ponieważ ktoś, kto wybudował się na odludziu, nie zgadza się na produkcję rolniczą po sąsiedzku. I w końcu ostatnia kwestia. Czy wieś ma się stać terenem rekreacyjnym i miejscem do zamieszkania ze świeżym powietrzem, czy przede wszystkim powinna zostać obszarem produkcji żywności. Odpowiedź druga wydaje się oczywista.

Globalne zapotrzebowanie na żywność może być szansą dla Polski i polscy producenci żywności już z tej szansy korzystają. Pokazują to chociażby dane IERiGŻ. W 2018 r. w polskim handlu zagranicznym odnotowano deficyt. Jednocześnie sektor rolno-spożywczy odnotowywał znaczące nadwyżki w bilansie handlowym. Wartość eksportu produktów żywnościowych zwiększyła się o 5,5% do 29,3 mld EUR, a importu o 2,6% do 19,8 mld EUR. W rezultacie nadwyżka wzrosła o 12,1% i wyniosła aż 9,6 mld EUR. Jak Pan tłumaczy ten sukces polskich producentów żywności?

Nie znam żadnego analityka, który w latach transformacji przewidziałby, że staniemy się poważnym eksporterem żywności. Praktycznie przez 50 lat po wojnie byliśmy importerem netto. Nie liczę pojedynczych lat, ale tak naprawdę dopiero w 2003 r. pierwszy raz mieliśmy dodatnie saldo w tej kategorii produktów. I od tego czasu z roku na rok i eksport, i saldo wyraźnie rośnie. Muszę przyznać, że zawsze byłem optymistą. Twierdziłem, że to rolnicy Europy Zachodniej powinni obawiać się konkurencji naszych rolników, a nie odwrotnie. Ale przez myśl mi nawet nie przeszło, że w 2018 r. saldo w tej grupie towarów wyniesie r. tyle samo, co cały eksport rolno-spożywczy w latach 1994-2004. To jest ewidentny sukces. W przypadku  wielu produktów jesteśmy w ścisłej światowej czołówce, nie tylko w produkcji, ale i w eksporcie. Tak jest np. z drobiem albo owocami. Staliśmy się eksporterem netto właściwie większości produktów w sektorze rolno-spożywczym.

Co równie ważne, Polska jest obecnie krajem z trzecim najwyższym dodatnim saldem w tej grupie towarów w Europie. Na 28 krajów, licząc z Wielką Brytanią, tylko 10 krajów ma dodatnie saldo handlu zagranicznego żywnością. To pokazuje sukces polskiego rolnictwa. Sukces, którego nie przewidzieli nawet najwięksi optymiści.

Co jest źródłem sukcesu?

Potrafiliśmy wykorzystać tzw. „rentę zacofania”. Ani przemysł spożywczy, ani rolnictwo na początku transformacji nie było przygotowane do konkurowania z Zachodem. Wtedy pojawiły się dwie koncepcje. Kupujemy najnowocześniejsze technologie, sprzęt i poprawiamy wymagania jakościowe. Drugi głos, chyba nawet głośniejszy, że sektor żywnościowy jest przestarzały i nie dogonimy wysoko dotowanego rolnictwa krajów zachodnich. Dlatego możemy korzystać nawet z wycofywanych na Zachodzie technologii, byle było taniej. Na szczęście zwyciężyła ta pierwsza koncepcja. Tak było np.  w drobiarstwie i mleczarstwie.

Niezwykle ważny okazał się związek przetwórstwa z rolnictwem. Kiedy zrozumiano, że oba sektory skorzystają na współpracy, osiągnięto sukces. Wprawdzie 80% polskiego eksportu żywności to rynki Unii Europejskiej, ale coraz częściej jesteśmy też obecni na bardzo egzotycznych rynkach.

Które z nich są dziś najbardziej perspektywiczne?

Większość analityków wskazuje na kraje azjatyckie, m.in. Chiny. Dla mnie najbardziej obiecująca jest Afryka. Już dziesięć krajów afrykańskich ma dziś PKB na poziomie biedniejszych krajów europejskich. Przybywa eksporterów i podmiotów, które tam inwestują. Dobrym przykładem są Chiny, inwestujące niesamowite środki w tamte rynki.  Dobrze byłoby tam już być, kiedy te kraje się podźwigną. Wymaga to dużej pracy i przygotowania, ale warto. Może trzeba mniej interesować się Chinami. Na tym rynku konkurencja, także ta wewnętrzna, będzie coraz większa. Natomiast Afryka ciągle jest kontynentem niedocenianym, jeśli chodzi o możliwości inwestowania i eksportowania.

Czy są branże w sektorze rolno-spożywczym, które poradziły sobie lepiej od innych?

Paradoksalnie, najlepiej szansę wykorzystały te sektory, które były skazane na porażkę. Natomiast te, którym wieszczono sukces, utraciły pozycję konkurencyjną. Jeśli przypomnimy sobie, jak na początku lat 90-tych wyglądała produkcja drobiu, to była to produkcja chałupnicza. Okazjonalna, zależna od koniunktury. Przez 30 lat stworzyliśmy przemysł drobiowy, który stał się naszą wizytówką. W 2018 r. produkcja mięsa drobiowego wyniosła ok. 2,9 mln ton i była o 4,3% większa niż w roku poprzednim. Jesteśmy dziś największym producentem drobiu w Europie i – jak wynika z danych IERiGŻ – trzecim eksporterem drobiu na świecie. To awans o 4 miejsca w ciągu ostatnich lat. Przeskoczyliśmy takie potęgi jak Francja, Holandia czy Niemcy. Wyprzedzają nas dzisiaj tylko Stany Zjednoczone i Brazylia.

Podobnie było z bydłem mięsnym.

Zgadza się. Nikt nie dawał żadnych szans, przynajmniej w krótkim okresie, na rozwój tego sektora. W tej chwili 90 procent krajowej produkcji wołowiny idzie na eksport, a wartość tego eksportu jest podobnej skali co wartość eksportu drobiu. Przemysł mleczarski – podobnie. Dziś to poważny eksporter. Ale przecież jeszcze paręnaście lat temu, poza dwoma gatunkami sera, mlekiem i kazeiną, właściwie nie było innych produktów. Mimo że mieliśmy znacznie więcej sztuk bydła mlecznego, to produkcja była mniejsza.

Niestety, nie wszędzie jest tak pozytywnie.

To prawda. Gdzie dziś jest polska wieprzowina? Staliśmy się importerem netto. Ziemniaki, które były naszą wizytówką, podobnie. Produkujemy ich coraz mniej, a w tym roku będziemy najprawdopodobniej importerem netto.

Można w takim razie zaryzykować twierdzenie, że mimo kilku słabszych obszarów dystans między globalnymi eksporterami żywności a Polską maleje? Którym eksporterem żywności na świecie dziś jesteśmy?

Dla mnie najważniejszym wskaźnikiem jest dynamika wzrostu, która jest u nas bardzo wysoka, ale myślę, że znajdujemy się dziś w drugiej dziesiątce eksporterów żywności na świecie. Może nawet na 17. miejscu. Warto jednak spojrzeć, z kim rywalizujemy: Stany Zjednoczone, Chiny, Brazylia.

Co w takim razie powiedzieć o Holandii, która jest jednym z większych eksporterów żywności. To kraj, który posiada ponad siedem razy mniejszą powierzchnię niż Polska. Czego możemy nauczyć się od Holendrów?

Kluczem do sukcesu Holendrów było uświadomienie sobie, że sektor żywnościowy jest tak samo dobrym sektorem do inwestowania jak sektory nowoczesne. Często się to przeciwstawia. Są sektory tradycyjne i sektory nowoczesne. To błąd. Ważne było też zrozumienie, że bez wzajemnego rozwoju przemysłu przetwórczego i rolnictwa sukces nie byłby możliwy. Naprawdę dobrze zarabia się na wartości dodanej. Znacznie lepiej niż na surowcach, przy których mamy większe wahania cenowe.  Myślę też, że ważne było podejście, że interesy robi się w długim okresie. W Polsce ciągle jeszcze tego nie widać. Rolnicy i przetwórcy muszą działać razem, a nie wykorzystywać słabość drugiej strony w okresie urodzaju lub klęski. Każde ogniwo w łańcuchu dostaw jest ważne. Najlepsze interesy robi się na dobrej współpracy. Kolejna rzecz to rozeznanie rynku i agresywny marketing, którego nauczyli się Holendrzy. W Polsce mamy jeszcze wiele do zrobienia. ą jeszcze olbrzymie rezerwy. Jeżeli popatrzymy na intensywność eksportu, czyli wywóz w przeliczeniu na jeden hektar czy na jednego mieszkańca, to jesteśmy pod koniec skali. Czyli mamy olbrzymie rezerwy do wykorzystania.  

Jakie bariery ograniczają dziś rozwój polskiego sektora żywnościowego?

Ciągle jeszcze niższa produktywność polskiego rolnictwa, około 60% średniej europejskiej. Rozdrobnienie to kolejny problem. Ciągle także kuleje współpraca między rolnikami, producentami surowców i przetwórcami oraz handlem.

Ta ostatnia kwestia jest niestety często wykorzystywana do antagonizowania tych dwóch kluczowych dla rolnictwa grup.

Współpraca to podstawa. I są podmioty, które to udowadniają. Jednym z nich jest Grupa Cedrob. Tak samo mleczarnie, które potrafią współpracować z dostawcami w długim okresie. Nie do przecenienia jest rola integratorów, przemysłu przetwórczego, który jest bliżej konsumenta i szybciej reaguje na potrzeby rynku. Jednocześnie stawia wymagania dostawcom surowca, aby podnosili jakość.

Polska wieś ciągle się zmienia. Z jednej strony gospodarstwa rosną, z drugiej młodzi ludzie nie chcą pracować w gospodarstwach. Co ich może zatrzymać na wsi?

Pewna przyszłość i stabilizacja produkcji. Tworzenie warunków życia i pracy podobnych do miejskich. Ci, którzy zostają, mają coraz większe kwalifikacje, i są coraz bardziej chłonni na nowinki. Nie tracą też swojego zamiłowania do pracy na roli.

Tam gdzie, następuje koncentracja, następuje też profesjonalizacja i absorbcja nowych technologii. Rosną też szanse na stabilizację i poprawę dochodowości. To jest szansa dla młodych i przyszłość dla polskiej gospodarki.