20 kwietnia 2020

Posłuchajmy myśliwych

Jacek Krzemiński

Bez myśliwych nie da się skutecznie walczyć z ASF, ale nie da się go zwalczyć także bez współpracy między rolnikami a myśliwymi.

Mówiąc o walce z ASF, bardzo dużo uwagi poświęca się dziś bioasekuracji. Ekolodzy i część naukowców, którzy protestują przeciwko sanitarnemu odstrzałowi dzików, twierdzą wręcz, że sama bioasekuracja wystarczy, by poradzić sobie z rozprzestrzenianiem się tej choroby. To jednak mit. Bo to przecież przez dziki ASF się rozprzestrzenia, to one są  rezerwuarem tej choroby. Im ich więcej, tym szybciej i łatwiej afrykański pomór świń przenika do kolejnych części kraju.

Dzików mamy dziś w Polsce wielokrotnie więcej niż kiedyś, czego doświadczają m.in. mieszkańcy miast. W wielu z nich buszujące dziki są zmorą. Wielu ekspertów twierdzi, że zwierząt tego gatunku jest obecnie w naszym kraju zbyt dużo (jest ich więcej niż zalecana liczebność tego gatunku – jedna sztuka na 1000 ha). To wynika głównie z faktu, że zmieniła się u nas struktura upraw. Bardzo przybyło pól kukurydzy i rzepaku, które są wymarzonym żerowiskiem dzików. – Bez redukcji populacji tych zwierząt do minimum nie zwalczymy ASF – mówi Roman Miler, wiceprezes firmy Gobarto, jednej z największych w Polsce firm produkujących wieprzowinę, a jednocześnie myśliwy i rolnik. – Dzik jest gatunkiem inwazyjnym i nie ma takiego zagrożenia, że redukując jego populację, całkowicie go wytrzebimy.

Tego jednak, podobnie jak wystarczająco dużych odstrzałów sanitarnych na terenach, gdzie odkryto przypadki ASF, nie da się zrobić bez współpracy między myśliwymi a rolnikami. Chodzi m.in. o to, że jeśli pole kukurydzy czy rzepaku przylega do lasu, co nie jest rzadkim widokiem, to myśliwym jest bardzo trudno redukować w takich miejscach populację dzika.  – Gdy dzik wejdzie w kukurydzę, to siedzi w niej aż do żniw – mówi Jacek Jagiełłowicz, członek zarządu Krajowego Związku Pracodawców-Producentów Trzody Chlewnej POLPIG. – My hodowcy często uważamy, że myśliwi myślą tylko o sobie. A oni odpowiadają: wiemy, że jest dużo dzików, prowadzimy ich odstrzał, ale wy nam w tym pomóżcie. Tam, gdzie wkoło las, nie siejcie kukurydzy, wprowadzajcie płodozmian, żeby ograniczyć dzikom żerowiska, róbcie kilkumetrowe pasy niskiej  uprawy przy granicy z lasem, żeby myśliwi mieli szansę zobaczyć dziki przechodzące z lasu na pola i odstrzelić je.

Marek Dynowski, łowczy z Koła Łowieckiego „Poręba” (woj. śląskie), zwraca uwagę, że dziki żerują także w pszenicy. I sposobem na to mogłoby być wprowadzanie, przynajmniej w pobliżu lasu, odmiany pszenicy zwanej ostką, która jest oścista i dlatego dziki jej nie lubią.

Jacek Jagiełłowicz dodaje, że myśliwych trzeba wspierać w zmniejszaniu liczebności dzików i w walce z ASF także na inne sposoby. – Z myśliwymi trzeba rozmawiać i posłuchać ich – przekonuje. – Ja spotkałem się między innymi z przedstawicielami dwóch kół łowieckich, zarządzających obwodami łowieckimi, okalającymi naszą największą fermę. Zapytałem ich, z czym mają największe problemy. Odpowiedzieli, że ich koła nie są bogate, a przy odstrzałach sanitarnych i podnoszeniu padłych, zarażonych ASF dzików muszą za własne środki kupować środki dezynfekcyjne, które tanie nie są. Kupiliśmy im więc komplety dezynfekcyjne.  Kupimy też dla nich worki do pakowania padłych dzików i wanienki do ich transportu. To są proste, nie kosztujące bardzo dużo rzeczy, a budują one współpracę i zaufanie między rolnikami i myśliwymi. W innym przypadku zdecydowaliśmy się zasponsorować myśliwym chłodnię. Bo ta, którą mieli, była za mała.

Efekty takiej współpracy są bardzo wymierne, bo wsparte w ten sposób koła łowieckie chętniej uczestniczą w odstrzale dzików. Problemem jest bowiem to, że wiele kół wykonuje ten odstrzał na minimalnym poziomie i trzeba je zachęcić, by robiły to na większą skalę.

– Na każdym spotkaniu myśliwi mówią, że jeśli zwiększą odstrzał dzików, to ekolodzy będą protestować i nazywać ich mordercami – opowiada Jacek Jagiełłowicz. – Że nie będą strzelać do prośnych loch, bo wy tak chcecie. Że musimy mieć w łowisku dzika, a i tak mamy już go mało. Trzeba im więc pokazywać, że walka z ASF jest także w ich interesie.  Że jeśli ta choroba wejdzie do ich obwodu łowieckiego, to w ogóle nie będą mieć dzików.  Czy że jeśli gdzieś jest czerwona strefa, to myśliwi mają tam bardzo duże ograniczenia w polowaniach, odbywają się one pod nadzorem weterynarza. Musimy też im przedstawiać nasze argumenty. Choćby to, że z jednej strony myśliwi nie chcą strzelać do prośnych loch dzików, ale z drugiej ASF na fermie oznacza, że trzeba tam wybić całe stado: wiele prośnych loch czy prosięta.

Bardzo ważne jest też edukowanie myśliwych w zakresie bioasekuracji, bo polując, przemieszczają się oni po Polsce i mogą w ten sposób zawlec ASF w te części kraju, gdzie ta choroba dotąd nie występowała. Zdaje sobie z tego sprawę Polski Związek Łowiecki, który sam edukuje myśliwych w tym zakresie, m.in. poprzez uruchomienie na swej stronie internetowej specjalnej zakładki poświęconej ASF.

Jednak dużą bolączką jest wciąż poszukiwanie i zbieranie padłych, chorych na ASF dzików. Myśliwi często tego albo nie robią albo robią to w niewielkim stopniu. M.in. dlatego, że koła łowieckie nie otrzymują z tego tytułu żadnego wynagrodzenia (mimo że płaci się za to wojsku i Ochronie Terytorialnej Kraju). To powinno się zmienić, bo to przecież myśliwi właśnie, obok pracowników Lasów Państwowych, najbardziej regularnie penetrują tereny leśne i tym samym mogliby bardzo przyczynić się do szybkiego usuwania padłej na ASF dzikiej zwierzyny. To bardzo ważne, bo ów wirus potrafi przetrwać w padlinie dzika nawet 9 miesięcy. Jeśli więc jej się nie zbierze, to jest ona bardzo długo źródłem tej choroby i mogą ją z niej przenosić np. muchy.

Marek Dynowski, łowczy Koła Łowieckiego „Poręba” (woj. śląskie), zwraca uwagę na trzy inne problemy. Pierwszym jest to, że zarażać ASF mogą także drapieżniki, żywiące się dzikami i ich padliną. Czyli np. lisy, jenoty, krukowate, a nawet bezpańskie, zdziczałe psy i koty. Dlatego zdaniem Marka Dynowskiego do skutecznej walki z ASF konieczne jest więc kontrola liczebności także tych zwierząt. Drugi problem to fakt, że chore na ASF zwierzęta mają gorączkę i szukają w związku z tym wilgotnych miejsc, by się schłodzić, i tam – np. w trzcinowiskach czy rowach melioracyjnych – zdychają. A w tych miejscach trudno je znaleźć i prędzej zostaną znalezione przez padlinożerców niż przez człowieka. Po trzecie wreszcie w Polsce jest już sporo rozległych terenów, wyłączonych na życzenie ich właścicieli z polowań (umożliwia to wprowadzona w 2018 r. nowelizacja prawa łowieckiego). – W sąsiedztwie naszego obwodu takie wyłączone z polowań tereny to 20 tys. hektarów – mówi Marek Dynowski. – Więc co z tego, że my prowadzimy odstrzał dzików w naszym obwodzie, tak, żeby ich populacja nie była na zbyt wysokim poziomie, skoro po sąsiedzku, na bardzo dużych terenach, ich populacji w żaden sposób się nie ogranicza. Skutek jest taki, że od lata przechodzą one stamtąd masowo na obszar naszego obwodu, bo tu jest ich mniej – dodaje.

Wciąż popełnia się też błąd polegający na odławianiu dzików z terenów miejskich i przenoszeniu ich w inne miejsca. W ten sposób najprawdopodobniej zawleczono ASF za Wisłę.

Bywa również, że wojewodowie odwołują zakaz wstępu do lasu w miejscach, gdzie wystąpiły przypadki ASF. Zdaniem Romana Milera to nie powinno mieć miejsca i taki zakaz w miejscach wystąpienia ASF powinien być bezwzględny i odwoływany dopiero po upewnieniu się, że tej choroby już tam nie ma. Wiceszef Gobarto przekonuje również, że do skutecznej walki z ASF potrzebne jest jeszcze jedno narzędzie: zwiększenie środków na odstrzały sanitarne dzików, także na tych terenach, gdzie ASF dotąd nie dotarł, a także uproszczenie związanych z tym procedur.

Na koniec kilka pozytywów. Jak pokazują dotychczasowe doświadczenia, w zachodniej części kraju walka z ASF przebiega dużo skuteczniej niż we wschodniej Polsce,  w której ta choroba pojawiła się w pierwszej kolejności. Przebiega skuteczniej, bo miejsca, w których stwierdzono przypadki ASF, są natychmiast wygradzane, dzięki czemu oddziela się zakażoną populację dzików od zdrowej. I jeśli nawet zdechną (przez ASF) w takiej wygrodzonej strefie kolejne dziki, to nie stanowi już dużego zagrożenia. Wystarczy bowiem je zebrać, a miejsce, gdzie je znaleziono zdezynfekować. W ten sposób ASF tłumiony jest w zarodku. Efekty są już widoczne, bo w wygrodzonych strefach zmniejsza się liczba przypadków ASF i nie ma ich poza wcześniej wygrodzonymi strefami. To oznacza, że udało się tam tę chorobę zatrzymać. Aż prosi się więc, żeby tę samą metodę zastosować tam, gdzie ASF nie rozlało się jeszcze tak, jak we wschodniej Polsce, np. w Łódzkiem i na Mazowszu. By dzięki temu ograniczyć występowanie ASF przynajmniej do terenów leżących na wschód od Wisły. 

Jacek Krzemiński