14 kwietnia 2020

Nowozelandzki wzór do naśladowania

Tomasz Cukiernik

Nowozelandzkie rolnictwo jest ewenementem w skali świata. Państwo nie ingeruje w jego rozwój, zlikwidowano wszelkie dotacje, a mimo to branża świetnie sobie radzi nie tylko w kraju, ale i na wymagającym rynku międzynarodowym.

Rolnictwo zawsze pełniło istotne znaczenie w nowozelandzkiej gospodarce. W XIX wieku jego podstawą była hodowla owiec i bydła oraz eksport żywności i produktów rolnych, takich jak mięso, łój, masło, sery, zboże. Trafiały one głównie na rynki europejskie, przede wszystkim do Wielkiej Brytanii. Przed II wojną światową aż 80 proc. całości eksportu Nowej Zelandii było kierowane do Zjednoczonego Królestwa, a w latach 50. nadal około dwie trzecie. W 1950 roku aż 96 proc. dochodów z eksportu kraju pochodziło ze sprzedaży produktów rolnych. Na początku lat 70. kraj wysyłał do Wielkiej Brytanii 72 proc. eksportowanej jagnięciny, 73 proc. masła, 66 proc. sera i 20 proc. wełny. Już od lat 30. XX wieku nowozelandzkie władze uskuteczniały politykę protekcjonistyczną za pomocą ograniczeń importowych. Stosowano też taryfy celne, kontrole cen i systemy licencyjne, a później wprowadzono obligatoryjność eksportu produktów rolnych za pośrednictwem komitetów producenckich. Mimo to w latach 60. i 70. sektor tracił konkurencyjność i rządy stopniowo wprowadzały coraz więcej dotacji.

Owce dla dotacji

Poważne problemy nowozelandzkiego rolnictwa pojawiły się w 1973 roku, kiedy Wielka Brytania przystąpiła do ówczesnej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Chodziło o to, że EWG/UE z jednej strony tworzy wolny rynek i handel pomiędzy krajami członkowskimi, ale z drugiej strony – mocno odgradza się od eksporterów z innych państw. Szczególnie dotyczy to właśnie produktów rolno-spożywczych. Odtrącona przez Londyn i Brukselę Nowa Zelandia zaczęła szukać nowych rynków zbytu w krajach azjatyckich oraz zacieśniać więzi gospodarcze z Australią.

Jednak prawdziwy przełom nastąpił dopiero w latach 80. Wtedy w Nowej Zelandii przeprowadzono głębokie wolnorynkowe reformy w całej gospodarce i organizacji państwa. Zmiany nie ominęły również rolnictwa. Zlikwidowano ceny minimalne i  podatkowe zachęty eksportowe w rolnictwie, zderegulowano przemysł mleczarski, zlikwidowano dotacje do rolnictwa i eksportu, a jednocześnie znacząco obniżono cła importowe. – Dotacje do rolnictwa były olbrzymią częścią budżetu, ale nawet rolnicy chcieli ich usunięcia, ponieważ w związku z nimi USA wprowadziły [antydumpingowe – TC] cła na nowozelandzkie produkty rolne – opowiada Richard Prebble, kluczowy minister w reformatorskim rządzie Partii Pracy z lat 80., dodając, że w związku z kryzysem gospodarczym państwa nie było stać na dalsze subsydiowanie rolnictwa. W efekcie z jednej strony rolnicy przestali otrzymywać dotacje i tanie pożyczki, a z drugiej strony – przed zagraniczną konkurencją nie chroniły ich już taryfy importowe. Farmerzy musieli zacząć liczyć wyłącznie na siebie.

Nie obyło się bez komplikacji. – Przekształcenie gospodarcze oraz zarządzania rolnictwem z lat 80. spotkało się z silnym oporem oraz strachem, że Nowa Zelandia nie wytrzyma tak radykalnych reform, które prowadziły do uwolnienia rolnictwa od ręki państwa – mówi dr Marcin Wałdoch, adiunkt w Katedrze Myśli Politycznej i Ruchów Społecznych Wydziału Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Jednak ostatecznie zaledwie 1 proc. farmerów nie umiało sobie poradzić w nowych rynkowych warunkach, a pozostałe 99 proc. wypracowało wysokie zyski.

Skutek zmian był imponujący. Po przeprowadzonych reformach eksport produktów rolnych z Nowej Zelandii rósł bardzo dynamicznie – z niecałych 5,5 mld NZD w 1984 roku do 15,3 mld NZD w 2004 roku. Było to możliwe dzięki zwiększeniu produktywności nowozelandzkich gospodarstw rolnych, która rosła w tempie 6 proc. rocznie, co oznaczało tym samym polepszenie konkurencyjności ich produktów na rynku światowym. Co ciekawe, po 20 latach od zmian krowy dawały o jedną trzecią więcej mleka, a produkcja jagniąt wzrosła o 12 proc. i to mimo że pogłowie owiec spadło o 40 proc. To efekt tego, że wcześniej owce były hodowane nie dla zaspokojenia zapotrzebowania rynkowego, a głównie w celu otrzymania dotacji. Podobnie przed reformami występowała nadprodukcja mięsa, które rolnicy niszczyli, bo nie mogli sprzedać. Później wielu rolników, którzy hodowali owce, przerzuciło się na chów danieli czy lam. – Każdy związany z sektorem powie, że reformy były bardzo korzystne. Trudno byłoby znaleźć farmera, który chciałby powrotu systemu dotacji – oceniał w 2006 roku Roger Kerr, nieżyjący już prezes think tanku New Zealand Business Roundtable. – Nie spotkałem się w ciągu ostatniej dekady z ani jednym farmerem, mającym duże gospodarstwo, który chciałby cofnięcia reform – potwierdzał wtedy Prebble.

Znaczący eksport

Obecnie nowozelandzkie rolnictwo uchodzi za wzór dla całego świata. W porównaniu do sytuacji sprzed reform farmy są o wiele większe i nowocześniejsze. – Rolnictwo działa na zasadach wolnorynkowych. Jedynymi przepisami są zwykłe i drakońskie regulacje dotyczące ochrony środowiska i bezpieczeństwa. Nie ma dotacji do rolnictwa. Jedynymi dotacjami są te na badania – mówi Rodney Hide, były nowozelandzki polityk z libertariańskiej Partii ACT. – To znacznie, znacznie lepiej zarówno dla rolników, jak i konsumentów ze wszystkich oczekiwanych powodów – podkreśla. Podobnego zdania jest dr John McDermott, dyrektor wykonawczy Motu Economic and Public Policy Research oraz niezależny komentator ekonomiczny. – Podstawowy nowozelandzki sektor jest bardzo produktywny i nie potrzebuje dotacji rządowych – komentuje dr McDermott.

Według danych CIA, w 2017 roku udział rolnictwa w PKB Nowej Zelandii wynosił 5,7 proc., ale to właśnie rolnictwo przynosi ponad połowę przychodów z eksportu. Jak podaje Daniel Workman z serwisu worldstopexports.com, w 2019 roku Nowa Zelandia eksportowała towary o łącznej wartości 38,2 mld USD, z tego wartość eksportu produktów mlecznych, jaj i miodu wyniosła 10,7 mld USD (27,9 proc. całości eksportu), mięsa – 5,3 mld USD (13,9 proc.), owoców i orzechów – 2,2 mld USD (5,9 proc.), przetworów zbożowych i mlecznych – 1,5 mld USD (3,9 proc.), napojów i alkoholi – 1,4 mld USD (3,7 proc.), a różnych przetworów spożywczych – 887 mln USD (2,3 proc.). Łącznie wymienione towary stanowiły 57,6 proc. całości eksportu kraju. – Swoistą specyfiką jest to, że produkty rolne, pomimo braku subwencji pozostają na światowych rynkach konkurencyjne z produktami rolnymi z państw, gdzie rolnictwo się subsydiuje – zaznacza dr Wałdoch.

Kluczową rolę w nowozelandzkim rolnictwie pełni mleczarstwo. Czołową spółką na tamtejszej giełdzie papierów wartościowych jest The a2 Milk Company Limited. Ale nowozelandzcy rolnicy utworzyli też jedną z największych firm mleczarskich na świecie i największego globalnego eksportera w tej branży. Koncern Fonterra należy do 10 tys. farmerów i na całym świecie zatrudnia ponad 20 tys. pracowników. Firma chwali się, że w ponad 30 zakładach w całym kraju przerabia 16 mld litrów mleka rocznie, a 95 proc. lokalnej produkcji eksportuje do ponad 140 państw świata. 25 proc. nowozelandzkiego eksportu stanowią produkty nabiałowe właśnie koncernu Fonterra. – Nowozelandzcy rolnicy zajmujący się nabiałem żywią teraz około 40 mln ludzi na całym świecie – informuje Carolyn Mortland, dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju w Fonterrze. Koncern jest dumny z konkurencyjnej przewagi w zakresie innowacyjności, wydajności i zrównoważonego rozwoju swojego ekologicznego, rodzinnego i wolnego od GMO modelu rolnego.

Choć w ostatnich latach Fonterra notuje straty finansowe, to przychody są imponujące w skali 5-milionowego społeczeństwa. W roku finansowym 2019 sięgnęły 20,1 mld USD. Koncern obecny jest także w UE, m.in. polskie firmy dostarczają mu produkty mleczne, ale nie jest to istotny rynek, jeśli chodzi o sprzedaż. Zapotrzebowanie na importowanie produktów mlecznych jest ogromne w Państwie Środka i na dodatek cały czas szybko rośnie. Jak ocenia amerykanki naukowiec i dziennikarz Bill Frezza, „Nowa Zelandia miała to szczęście, że jej najważniejszy zasób naturalny współgrał z rosnącym gwałtownie chińskim apetytem na wysokiej jakości białko (Nowozelandczycy nazywają swoje mleko, które produkują w bardzo dużych ilościach, płynnym złotem)”.

Uwolnić rolnictwo

Dr Wałdoch wymienia cały szereg czynników, które powodują, że bez subwencji nowozelandzkiemu rolnictwu udaje się być tak konkurencyjnym na rynkach światowych. Po pierwsze, charakter organizacji rolnictwa w dużych gospodarstwach rodzinnych, które są dziedziczone od pokoleń. Po drugie, przekształcenia na rynku globalnym i w układzie odbiorców nowozelandzkich produktów. Po trzecie, pragmatyczne podejście do handlu zagranicznego – Nowa Zelandia potrafi sprzedawać swoje produkty rolne zarówno do ChRL, jak i do Republiki Chińskiej. Po czwarte, względna unikatowość produktów oraz innowacyjność w podejściu do nawet utartych wyrobów. Po piąte, silna dywersyfikacja i dążenie do jej pogłębiania w eksporcie. Unikanie popadania w zależność od jednego, dwóch lub trzech odbiorców. Po szóste, Nowa Zelandia coraz częściej stawia na relacje bilateralne, umykając nieco przed zbiorową organizacją handlu i produkcji rolnej. Po siódme, szeroko wykorzystuje tanią siłę roboczą w rolnictwie – m.in. z ludów Pacyfiku oraz z Indii i Chin. – Niestety są też problemy, te głównie wiążą się z ochroną środowiska. Ogromne połacie pastwisk powodują, że gorącym tematem stają się w Nowej Zelandii kwestie ochrony wód, do których trafiają zanieczyszczenia z pastwisk – dodaje dr Wałdoch.

Co więcej, nowozelandzcy politycy domagają się od innych państw likwidacji zarówno dotacji rolnych i eksportowych, jak i barier importowych na produkty rolne. Jak mówi dr Wałdoch, Nowozelandczycy dążyli nawet do tego, żeby pozyskać Polaków do współdziałania w Grupie Cairns, która lobbuje w WTO za likwidacją subsydiów do rolnictwa. Problem w tym, że Polska – jako członek Unii Europejskiej – z jednej strony podlega unijnej Wspólnej Polityce Rolnej i musi dotować rolnictwo, a z drugiej w ramach uczestnictwa we wspólnym rynku musi stosować bariery celne.

Kluczem do sukcesu jest stworzenie przedsiębiorcom (w tym przypadku rolnym) warunków do rozwoju i nieblokowanie ich niepotrzebnymi regulacjami, w czym akurat lubuje się Unia Europejska. Jak widać na nowozelandzkim przykładzie, rolnictwo znakomicie może się rozwijać bez wsparcia w postaci dotacji czy blokady importu. Bo to właśnie na wolnym rynku, gdzie firmy mogą ze sobą konkurować, pojawia się nacisk na innowacyjność, ciągłe obniżanie kosztów i zwiększanie produktywności właśnie po to, by móc zaoferować konsumentom lepszy i tańszy produkt niż konkurencja. To właśnie ten nacisk – a nie dotacje od podatnika czy celna ochrona rynku – sprzyja prawdziwemu rozwojowi.

Tomasz Cukiernik