5 maja 2020

Najlepsza żywność na świecie

Jacek Krzemiński

Wywiad z prof. Walentym Pocztą, dziekanem Wydziału Ekonomiczno-Społecznego Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu:

Jacek Krzemiński: – Panie Profesorze, jakie są dziś główne trendy w sektorze rolnym-spożywczym na świecie? Co nas czeka, na co mamy się przygotować?

Prof. Walenty Poczta: – Często się mówi, że wiek XXI to będzie wiek rolnictwa i w ogóle biogospodarki, procesów gospodarczych związanych z procesami biologicznymi. Według mnie jest w tym dużo prawdy. Z różnych powodów. Najbardziej prozaicznym i najważniejszym rosnąca liczba ludności na świecie, bo to oznacza, że będziemy musieli produkować coraz więcej żywności. Ale ważne będzie też zagospodarowanie przestrzeni, kwestie środowiskowe, związane z wodą, klimatem, ochroną krajobrazu czy siecią osiedleńczą. Globalnie sytuacja jest bardzo zróżnicowana. Są obszary, gdzie powstają latyfundia, ale są też olbrzymie obszary bardzo rozdrobnionego rolnictwa. Ponad 80 proc. gospodarstw na świecie ma do 2 hektarów, a ich udział w łącznym globalnym areale rolnym to kilkanaście procent. Bardzo rozdrobnione rolnictwo to m.in. Afryka i Azja Południowo-Wschodnia, w tym Chiny. Z drugiej strony mamy sytuację taką, że 2/3 użytków rolnych na świecie należy do 12 proc. gospodarstw. Na tym tle, cokolwiek byśmy mówili o unijnej Wspólnej Polityce Rolnej, bardzo dobrze prezentuje się rolnictwo Unii Europejskiej. Jest to rolnictwo najbardziej zrównoważone na świecie, i pod względem społecznym, i ekonomicznym, ale, o czym mało się mówi, też środowiskowym. Unijne rolnictwo jest jedynym spośród dużych regionów świata, gdzie następuje zmniejszenie negatywnego wpływu rolnictwa na środowisko. Mimo, że rolnictwo w UE jest w miarę intensywne, nie jest już w większości krajów członkowskich rozdrobnione.

– Czyli udało się w unijnym rolnictwie uchwycić złoty środek.

– Tak. Jest też jeden element: wbrew obiegowym opiniom nigdy dotąd, w całej historii, nie była wytwarzana tak dobrej jakości żywność, jak obecnie w UE. Jest ona dziś najlepsza na całym świecie.

– To wystarczy, żeby unijne rolnictwo było konkurencyjne?

– To stwarza przesłankę, żeby było konkurencyjne. Na świecie część konsumentów jest gotowa płacić więcej za lepszą żywność. Produkty rolnictwa UE są raczej drogie i uważane na świecie za produkty wysokiej jakości. Można więc uzyskiwać za nie wyższe ceny. W UE jest wysoka kultura sanitarna, więc jej żywność jest bezpieczna. Są też tradycje, które się kultywuje, wytwarzania wysokiej jakości żywności. To się przekłada na sukcesy eksportowe, bo Unia Europejska jest największym eksporterem żywności na świecie.

– Jednak sama Polska w branży rolno-spożywczej odnosi wprawdzie wielkie sukcesy na unijnych rynkach, ale na pozaunijnych jeszcze nie ma mocnej pozycji, a w każdym razie dużo słabszą niż np. Holandia.

– Powiem tak: zawsze trudniej jest wejść na rynki, z którymi nie miało się tradycyjnych relacji. Takimi relacjami cieszą się m.in. te kraje, które mają spuściznę postkolonialną, były np. w Imperium Brytyjskim. Takie więzi łączą też od dawna Europę Zachodnią i Stany Zjednoczone. Tym krajom jest łatwiej. A przecież sprzedaje się tam, gdzie jest łatwiej i gdzie uzyskuje się większe sukcesy.

– Rynek unijny jest jednak rynkiem dojrzałym, nasyconym i dlatego trudno nam będzie zwiększać udziały w tym rynku czy sprzedawać tam gotowe produkty pod naszymi polskimi markami. Teraz dochodzi do tego jeszcze brexit. Wielka Brytania jest największym odbiorcą polskiej żywności w  Europie po Niemczech. I w dodatku ma nowoczesne rolnictwo.

– Tak rzeczywiście jest, ale to rolnictwo nie zaspokaja potrzeb żywnościowych tego kraju. To nie znaczy jednak, że możemy spać spokojnie, bo Brytyjczycy mają takich tradycyjnych dostawców, jak Nowa Zelandia czy Australia, które chętnie skorzystałyby z okazji zwiększenia swej sprzedaży do Wielkiej Brytanii. Wiele zależy od tego, czy Brytyjczycy poluzują bariery wejścia na swój rynek dla zagranicznych dostawców żywności. UE poza barierami celnymi stawia też ograniczenia pozataryfowe, dotyczące przede wszystkim zdrowotnej jakości żywności. Dlatego w Unii Europejskiej nie ma miejsca na to, co jest dopuszczalne poza UE, np. kąpanie kurczaków w roztworze z chloru. W UE są też restrykcyjne normy na zawartość antybiotyków w mięsie, zakazane jest również podawanie zwierzętom hormonów wzrostu.

– Z drugiej jednak strony UE podpisała ostatnio umowę o wolnym handlu z krajami Ameryki Południowej, czyli z Mercosurem, co unijne rolnictwo będzie narażać na nierówną konkurencję, bo tamte kraje takich obostrzeń środowiskowych czy zdrowotnych nie mają. Np. w UE nie można karmić zwierząt mączkami kostnymi, a w Ameryce Południowej – tak.

– Mimo to te kraje, chcąc eksportować do UE, nadal będą musiały przestrzegać unijnych norm dotyczących zdrowotnej jakości żywności.

– Pytanie jednak, czy dotyczyć to też będzie norm środowiskowych, które obowiązują unijnych rolników. Mówi się, że umowa o wolnym handlu z Mercosurem została zawarta pod naciskiem Niemiec, które bały się, że na skutek polityki handlowej prezydenta Trumpa stracą rynek w USA, więc chciały z wyprzedzeniem zrekompensować sobie to łatwiejszym dostępem do rynku południowoamerykańskiego. Mówiąc prościej, my wam sprzedamy niemieckie samochody, ale za to będziecie mogli nam sprzedawać swoją żywność.

– To faktycznie jest problem. Związana z tym dyskusja trwa od dziesiątek lat. Brazylijczycy argumentowali, że niewyprodukowanie jednej tony cukru w Europie znaczy dużo mniej niż nie wyprodukowanie jednej tony w Brazylii. Bo tam rolnictwo ma dużo większy udział w gospodarce, utrzymuje się z niego więcej osób.

– Tylko, że jest jeszcze kwestia bezpieczeństwa żywnościowego, samowystarczalności żywnościowej Europy.

– Oczywiście, że jest. Tylko Brazylijczycy powiadają wtedy: wy byście chcieli wszystko produkować, żywność, produkty przemysłowe, usługi finansowe i z tym wszystkim chcielibyście wejść na nasz rynek, a my co? Otwierajcie więc swoje bramki dla naszych produktów żywnościowych. I Europa musi iść na jakieś ustępstwa.

– Pytanie, jakie będą tego następstwa?

– Trzeba to bacznie obserwować. Tam są, z tego, co się orientuję, zapisane rozmaite siatki bezpieczeństwa, więc gdyby to się źle odbijało na unijnym rynku, to będzie można reagować z wykorzystaniem tych narzędzi. Myślę, że tak źle nie będzie, choć to też jest kwestia, jak będziemy reagować w sytuacjach zagrożenia naszych producentów. Nawet nieduży import jakiegoś towaru może powodować proporcjonalnie perturbacje, a jeszcze gorszy bywa nieraz odbiór społeczny. Przykładem jest importu zboża z Ukrainy do Polski. To nie są duże ilości, a szum jest olbrzymi. A przecież jeśli do Polski wpływa tanie zboże, to my powinniśmy je przerobić na produkt zwierzęcy i zarobić na tym. Tak, jak robią Holendrzy.

– A u nas wciąż jest tak, że więcej zboża eksportujemy niż importujemy, import zbóż mamy mały, ale za to duży – wieprzowiny, choć historycznie Polska była potęgą w jej produkcji. Pogłowie trzody chlewnej spadło u nas w latach 2007-2017 o ponad ¼. I doszło do tego, że importujemy, głównie z Danii, miliony prosiąt i warchlaków, za miliardy złotych rocznie. Importujemy też bardzo dużo mięsa wieprzowego.

– Jeśli o tym mówimy, to rzeczywiście jest problem. Trzeba sobie postawić pytanie, dlaczego Duńczycy mogą, a my nie. Myślę, że popełniono trochę błędów w polityce rolnej. W drobiu sobie poradziliśmy. Nie wspierano jednak takiego kierunku rozwoju produkcji trzody chlewnej, który zapewniłby jej konkurencyjność. Pamiętam dyskusje na ten temat: czy wspierać 10 loch, a może 20, 30? Choć wiemy, że są to wielkości, które się nie liczą, której tej konkurencyjności nie zapewniają. Jest trochę gospodarstw w Polsce, które byłyby w stanie poradzić sobie z duńską konkurencją na polskim rynku. To nie jest jednak tylko polski problem, bo i Niemcy importują z Danii dużo warchlaków. Może będzie tak, że rolnictwo pójdzie w kierunku wąskich, krajowych specjalizacji i np. fermą zarodową prosiąt będą Duńczycy, a w innych krajach będzie się produkować mięso. Nie jest wykluczone, że taka specjalizacja się ukształtuje. I długo nikt nie da rady duńskiej konkurencji. Jedno można powiedzieć na pewno: procesy, jakie zaszły w UE w produkcji trzody chlewnej są podobne do tych, jakie zaszły w produkcji drobiarskiej. W Polsce doszło w produkcji drobiarskiej do takich samych zmian jak w Europie Zachodniej. W produkcji trzody – niestety, nie. I dlatego utraciliśmy w tej dziedzinie konkurencyjność.

– I nie da się już nic z tym zrobić?

– Oczywiście, że się da. Będą powstawać u nas duże, nowoczesne tuczarnie. Ze względu na opór społeczny powstają one czasem w dziwnych miejscach. Niedawno mój kolega z wydziału pisał pracę na temat regionalizacji produkcji trzody chlewnej i okazało się, że tam, gdzie jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu prawie nie było świń, dziś jest spora hodowla. To dotyczy np. terenów popegeerowskich, gdzie jest mniejsze zagęszczenie ludności. Dużo dałoby wsparcie państwa dla rozwoju hodowli trzody. Ono jest potrzebne. Bo skoro Włosi czy Hiszpanie mogą mieć swoje wieprzowe, słynne na cały świat specjały, za które uzyskują bardzo wysokie ceny, to dlaczego nie Polska? My też mamy tradycje w tej materii.

Jednak nie można się oszukiwać, że małe hodowle i małe przetwórnie wszystko załatwią. Musi być jedno i drugie, i gospodarstwa wielkotowarowe, i te mniejsze. Choć jedni i drudzy muszą być efektywni.

– No właśnie. Porównuje Pan polskie gospodarstwa, także te hodowlane, z zachodnioeuropejskimi i nasze są dużo mniejsze.  I przestrzega Pan przed tym, że jeśli to się nie zmieni, to nasze rolnictwo może utracić swą konkurencyjność.

– Niezależnie od wielkości gospodarstwa musi być wytworzona w nim wartość dodana, czyli jakiś dochód na jednostkę pracy. Problemem naszych małych gospodarstw jest to, że one często produkują to samo, co te duże. Do czego to prowadzi? Jeśli jest gospodarstwo na 1000 ha, ma produkcję roślinną, uprawia zboże, rzepak i kukurydzę, to tam się to sprawdzi i pozwoli na osiągnięcie dużej wartości dodanej. Jeśli ktoś ma 20 ha i taką samą strukturę produkcji, to nie uzyska wysokiej wartości dodanej i ma kłopoty z uzyskaniem odpowiednio dużego dochodu. Taki rolnik powinien więc produkować coś innego, co zapewni mu większą wartość dodaną.

– Co na przykład?

– To zależy od warunków, w jakich gospodarstwo funkcjonuje, od umiejętności rolnika itd.

– To może być hodowla?

– Tak, bo najprostszym sposobem na uzyskanie większej wartości dodanej jest przetworzenie produktu roślinnego na zwierzęcy. To nie wymaga też dużego areału ziemi. Oczywiście, byłoby dobrze, gdyby powstała przy tej okazji grupa producencka, której udałoby się uruchomić jakieś przetwórstwo, chociaż wstępne, konfekcjonowanie, czy jakąś sprzedaż, bo to kolejne etapy, gdzie można uzyskać dodatkowe dochody. W małym gospodarstwie musi być wysoka wartość dodana, nie tylko z hektara, ale i na jedną jednostkę produktu. Dlatego wiele polskich gospodarstw musi zacząć produkować coś innego niż produkuje obecnie.

– Zwraca Pan też uwagę, że w rolnictwie zachodnioeuropejskim zmiany zachodziły w ostatnich latach szybciej niż w naszym. Szybciej zmniejszała się tam np. liczba gospodarstw. Dlaczego rolnictwo w zachodniej Europie tak szybko teraz się zmienia, skoro gospodarstwa i ich skala produkcji są tam już stosunkowo duże, przeciętnie dużo wyższe niż w Polsce? Czy to wymusza wspólny unijny rynek?

– Rynek unijny raczej chroni przed procesami globalizacji, bo bez niego te procesy zachodziłyby w Europie szybciej. To wynika głównie z tego, że pracujący w rolnictwie chcą i powinni uzyskiwać dochody takie same, jakie uzyskuje się poza rolnictwem. Drogi do tego są dwie. Albo przy stałym dochodzie z hektara ma się więcej hektarów albo przy stałej liczbie hektarów większy dochód z hektara. Ta pierwsza droga jest łatwiejsza.

– Ta druga to też rolnictwo ekologiczne. Ale u nas go w zasadzie nie ma, bo większość gospodarstw ekologicznych istnieje na papierze, dla większych dopłat dla takiego typu rolnictwa, a do tego wystarczą „ekologiczne” łąki i pastwiska. Suma summarum w Polsce większość żywności w sklepach ze zdrową, ekologiczną żywnością to import.

– To rzeczywiście tak wygląda. Produkcja żywności ekologicznej w Niemczech jest ponad 60-krotnie większa niż w Polsce. Rozumiem, gdyby była 6 razy większy, nawet 10 razy, bo Niemcy są bogatsi. Tak ogromna różnica wynika z tego, że polscy rolnicy ekologiczni w przeważającej części wiążą produkcję ekologiczną z uzyskaniem dopłat, a nie z ulokowaniem produktu na rynku.

– Jak zmienić polskie rolnictwo – tak, żeby było mniej rozdrobnione, bardziej dochodowe?

– Nie jest to łatwe i przyspieszenie tych zmian będzie bardzo trudne. W pierwszej kolejności nie powinno się wprowadzać przepisów, które by to hamowały. A takie przepisy były u nas w ostatnich latach wprowadzane. Na pewno trzeba chronić ziemię jakościowo dobrą do produkcji rolniczej – przed zabudową, przed degradacją, przeznaczaniem na inne cele.

Kolejny problem, którego nie udaje się w Polsce rozwiązać, to cały system tzw. szarych dzierżaw. To, że unijne dopłaty obszarowe dostaje właściciel ziemi, a nie ten, kto ją faktycznie użytkuje.

– Czyli należałoby uzależnić wypłacanie tych dopłat od tego, czy ktoś faktycznie uprawia ziemię?

– Tak nakazują przepisy. Natomiast w Polsce dopłaty pełnią funkcję quasi czynszu dzierżawnego. Czyli użytkujący przekazuje je właścicielowi ziemi. To u nas jest powszechne zjawisko, choć to nie tworzy stabilnych, bezpiecznych warunków ani dzierżawiącemu ziemię ani dzierżawcy.

– Mówi się, że to zjawisko hamuje zmianę niekorzystnej struktury agrarnej w Polsce, zbyt dużego rozdrobnienia ziemi rolnej. Bo po co sprzedawać ziemię, skoro dostaje się za nią pieniądze, nawet nie kiwnąwszy palcem w bucie.

– Tak, to rzeczywiście funkcjonuje. Ale nie tylko my mamy z tym problemy. Takie kraje, jak Austria, czy południowe Niemcy, Bawaria i Badenia-Wirtembergia, również miały bardzo rozdrobnione rolnictwo. I nie należy tam do rzadkości, że właściciel gospodarstwa ma ziemię dzierżawioną od 200 byłych rolników. Było na wsi 200 czy 300 gospodarzy, został jeden czy dwóch, którzy dzierżawią ziemię od pozostałych.

– Uważa Pan, że polskie rolnictwo ma duży potencjał, ale nie jest on obecnie w pełni wykorzystany.

– Podam przykład. Samorząd woj. wielkopolskiego na południu tego regionu, z trzech powiatów – gostyńskiego, rawickiego i krotoszyńskiego – i jednej gminy z powiatu leszczyńskiego utworzył subregion rozwiniętego rolnictwa. Na tym terenie produkcja rolna w przeliczeniu na hektar jest około dwa razy wyższa niż w całym kraju. Mimo, że tamtejsze rolnictwo niczym szczególnym się nie wyróżnia. Jest dość tradycyjne, 80 proc. ziemi należy do gospodarstw rodzinnych, reszta – do dużych gospodarstw. Jest tam też doskonała jakość środowiska naturalnego, co potwierdzają biolodzy i czego dowodem jest występowanie kilku chronionych, rzadkich, zagrożonych wyginięciem gatunków ptaków. To oznacza, że jeśli byśmy mieli w Polsce ten typ rolnictwa, to podwoilibyśmy naszą produkcję rolną – przy nie gorszym stanie środowiska.

– W czym tkwi tajemnica?

– Przede wszystkim w kapitale ludzkim i społecznym. To jest tradycyjny region bardzo dobrego rolnictwa, co ma też swe korzenie historyczne. Częścią tego subregionu jest tzw. Biskupizna – to były wsie należące do biskupów poznańskich i tam wcześniej niż gdzie indziej zniesiono pańszczyznę. Chłopi byli więc tam najwcześniej samodzielni, ukształtowała się dzięki temu także tradycja współpracy między nimi, co promieniowało na okoliczne wsie. Jest tam też rozwinięta przedsiębiorczość rolna. Tamtejsi rolnicy produkują na rzecz przemysłu spożywczego, którego też tam nie brakuje. Jednocześnie ten model rolnictwa, jak już wspominałem, jest przyjazny środowisku. Co oznacza, że stosunkowo intensywne rolnictwo, przy umiejętnym stosowaniu środków ochrony roślin i nawozów, zgodnie ze współczesną wiedzą rolniczą, nie musi szkodzić środowisku.

Dziś coraz powszechniejszym trendem jest powrót do takich dobrych praktyk rolniczych, jak zmianowanie, płodozmian, dbałość o glebę. Coraz popularniejsze jest  tzw. rolnictwo regeneracyjne, zintegrowane czy biologizacja procesów rolniczych, które to metody z powodzeniem stosują także duże gospodarstwa.

– Czyli nie jest tak, jak niektórzy wieszczą, że przyszłość rolnictwa to same wielkie gospodarstwa, coraz większa koncentracja produkcji, że małe i średnie gospodarstwa zostaną wyparte z rynku przez duże, tak, jak masowa produkcja przemysłowa wyparła kiedyś rzemiosło?

– Najpierw trzeba by odpowiedzieć na pytanie, co jest małym czy średnim gospodarstwem, bo to przecież się zmienia, średni areał takich gospodarstw się zwiększa. Poza tym gospodarstwo, które w Europie jest gospodarstwem dużym, np. w USA uchodziłoby za małe.

– No to może zapytam tak: czy w przyszłości w europejskim, w tym polskim, rolnictwie rację bytu będą miały gospodarstwa poniżej 100 ha?

– Mają one szanse, ale to będzie w dużej mierze zależało od samych rolników, od kooperacji między nimi, od polityków,  od polityki rolnej. Ważne jest też to, że w tym kierunku chce iść Unia Europejska chce zachować małe i średnie gospodarstwa. Nie można jednak wykluczyć, że to wszystko potoczy się inaczej, że dojdzie do pewnej amerykanizacji europejskiego rolnictwa.

Ważną kwestią jest to, o czym już wspominałem: żeby gospodarstwo dawało rolnikowi i jego rodzinie taki satysfakcjonujący go dochód, który pozwala nie tylko na zaspokojenie potrzeb konsumpcyjnych, ale także na rozwój gospodarstwa, na inwestycje.