1 maja 2020

Chcą wsi bez rolnictwa

Moda na wille w stylu nowoczesnych stodół, kuchnie w stylu rustykalnym, popularność agroturystyki czy tzw. letnie domy – to tylko niektóre z przejawów chłopomanii mieszczuchów. Część z nich idzie dalej i na wieś przenosi się na stałe, a że są wśród nich tacy, którym przeszkadzają odgłosy i zapachy związane z rolnictwem, dochodzi do sporów między „nowymi” i „miejscowymi”.  Są z pozoru niewinne kłótnie o brzydko pachnący obornik na polu, ale są też takie konflikty, które prowadzą do zatrzymywania rozwoju gospodarstw. Zdaniem ekspertów sytuacja jest już jak wrzód, który wymaga przecięcia.


Uciekają z miasta

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2000 roku po raz pierwszy zanotowano w Polsce saldo dodatnie dla wsi – to znaczy, że więcej ludzi sprowadziło się na tereny wiejskie, niż z nich wyprowadziło. Choć w tym strumieniu napływowym są nie tylko mieszczuchy, lecz również mieszkańcy gmin peryferyjnych, którzy przeprowadzają się do wsi położonych bliżej ośrodka miejskiego, to jednak ucieczki z miasta na wieś stanowią w nim zdecydowaną większość. Według najnowszych informacji z miasta na wieś przeprowadza się rocznie ponad 100 tys. ludzi. Znajduje to też odzwierciedlenie w badaniach Eurostatu. Okazuje się, że w ciągu dekady (2008 r. – 2018 r.) wzrósł ogólny udział Polaków zamieszkujących samodzielne domy. Podczas gdy w 2008 roku wynosił on 46 proc., dziesięć lat później już 50,5 proc.

Dlaczego mieszkańcy miast przeprowadzają się na wieś? Nie bez znaczenia są względy ekonomiczne. Za kwotę, za którą w mieście można kupić kilkudziesięciometrowe mieszkanie, pod miastem można wybudować niemal dwa razy większy dom. Przykładowo w Warszawie za 60 m2 trzeba zapłacić ok. 520 tys. zł, a potem przez lata ponosić jeszcze wcale niemałe koszty utrzymania tzw. części wspólnych, jak winda, oświetlenie klatki schodowej, zatrudnienie ochrony czy czynsz za garaż podziemny. Tymczasem według szacunków ekspertów koszt budowy ponadstumetrowego domu w stanie deweloperskim to ok. 350 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć jeszcze cenę zakupu działki, jednak nadal cena za metr domu za miastem wygląda bardzo atrakcyjnie. Nic dziwnego, że wielu podejmuje decyzję, by uciec na wieś. Tereny wiejskie kuszą też Polaków, którzy o stan kieszeni wcale nie muszą się martwić. Wystarczy wyjechać poza rogatki, by zobaczyć ich luksusowe wille z wypielęgnowanymi ogrodami. W tym poszukiwaniu miejsca do życia ludzie kupują nieruchomości położone coraz dalej od miast.

Ceny to jedno, ale dla osób przeprowadzających się z miasta na wieś ogromne znaczenie mają również nadzieje wiązane z ciszą, spokojem i świeżym powietrzem. Po tym jak w mieście nieustannie towarzyszył im zgiełk ulicy, a w domu ze względu na hałas okna nie można było otworzyć, liczą, że wieś przyniesie ukojenie ich rozkołatanym nerwom. To dlategoPolacy pokochali też tzw. letnie domy, do których przeprowadzają się w miesiącach wiosenno-letnich, by przy sprzyjającej pogodzie jak najpełniej korzystać z walorów życia blisko natury.

Rolnictwo im przeszkadza

To wszystko sprawia, że na terenach wiejskich przybywa nowych mieszkańców. I dochodzi do konfliktów. Bo pochodzący z miasta sąsiedzi nie chcą na wsi rolnictwa – nawożenia pól naturalnymi nawozami i hałasujących maszyn, o hodowli zwierząt nie wspominając. Nie po to przeprowadzali się na sielską wieś, by ich budził nad ranem ciągnik lub żeby na tarasie zalatywało gnojowicą. Nie rozumieją, że godziny pracy w polu dyktowane są rytmem dnia i przyrody, a nie ludzką złośliwością. „W czasie okresowych prac polowych zdarza się, że musimy pracować późno w nocy – nawet po godzinie 22 kombajn chodzi albo jakaś dmuchawa do zboża wydziela decybele. Na tym tle rodzą się konflikty, do tego stopnia, że ludzie zawiadamiają policję” – mówi Robert Nowak, wójt gminy Przyrów i członek zarządu Krajowej Rady Izb Rolniczych.

O rolniku spod Oławy słyszała cała Polska. Zrobiło się o nim głośno w lipcu 2018 r., kiedy dostał 500 zł mandatu za zakłócanie ciszy nocnej, bo pracował w polu kombajnem po godzinie 22. Jak tłumaczył, chciał zdążyć ze zbiorem przed zbliżającym się deszczem, co jednak nie spotkało się ze zrozumieniem sąsiadów z pobliskiego osiedla. Mandat dostali też gospodarze z Pasikurowic za suszenie kukurydzy. Donieść miał m.in. sąsiad, który niedawno zamieszkał na wsi. Podobnych spraw jest więcej. Bardzo często wygląda to tak, że ludzie, którzy przeprowadzają się na wieś, oczekują, że będą tam mieli dogodniejsze warunki mieszkaniowe niż w mieście, a kiedy na miejscu trafiają na coś, co im nie odpowiada, próbują to kreować według swojego uznania. „Rzeczywistość jest taka, że to oni są elementem napływowym we wsi i oni powinni zdawać sobie sprawę z tego, w co wchodzą. Niestety zwykle nie zdają sobie z tego sprawy i potem próbują z tym walczyć” – komentuje dr Tomasz Schwarz z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.

Tymczasem życie rolnikom utrudniają nie tylko życzliwi sąsiedzi. Bywa, że muszą mierzyć się z władzami samorządowymi, które stają w obronie mieszkańców wrażliwych na zapachy. Tak było w Strzelcach Opolskich, gdzie rada miejska przegłosowała uchwałę, ograniczającą możliwość stosowania nawozów organicznych. Radni chcieli, by obornik mógł być stosowany tylko w dni powszednie i w odległości większej niż 100 m od istniejących budynków mieszkalnych oraz obiektów użyteczności publicznej. Ostatecznie uchwałę zablokował jednak wojewoda.

Kartuscy radni sprzeciwili się natomiast budowie fermy drobiu, którą chciał na swoim terenie postawić jeden z rolników. Żeby zablokować inwestycję, radni przyjęli uchwałę w sprawie przystąpienia do sporządzenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego dla fragmentu wsi Brodnica Górna. Zwolennicy takiego kroku podkreślali, że nowa inwestycja miałaby powstać w sąsiedztwie piekarni, że gmina ma walory turystyczne. „Gdzie rolnicy mają dzisiaj produkować żywność? Gmina Kartuzy jest gminą rolniczą i nadal rolnicy są bardzo ważnym elementem funkcjonowania naszej gminy” – grzmiał z kolei burmistrz Kartuz Mieczysław Gołuński. „Na wsi nie budować kurników, czy innych zabudowań gospodarskich? To w końcu będziemy musieli tych rolników wygonić na księżyc” – pokpiwał. Przywołał też przykład zachodniego sąsiada. „W Niemczech obora i chlewnia są przy samym hotelu i nikomu to nie przeszkadza, bo to jest na wsi. Wieś jest wsią i wsią zostanie. Niebawem będziecie chcieli decydować, czy rolnik może zbudować silos czy stodołę” – mówił do radnych. Bez względu na to, kto w tej sprawie miał rację, przypadek Kartuz pokazuje, że spory na linii „wieś-miasto” mogą nie tylko uprzykrzać życie rolników, lecz również negatywnie wpływać na rozwój ich gospodarstw.

Nie ma odważnego

Jak podkreślają eksperci, rolnictwo już od dawna czeka na rozwiązania prawne, które pomogłyby rozwiązać problem lokowania produkcji rolniczej i tym samym przeciwdziałałyby konfliktom społecznym na tym tle. „Niestety zaczynamy dyskutować o legislaturze dopiero w momencie, kiedy problem jest już bardzo nawarstwiony. O tym należało myśleć 20 lat temu, kiedy pojawiały się pierwsze ruchy migracyjne z miast na wieś. Teraz konflikt jest już tak nabrzmiały jak wrzód, który trzeba przeciąć. Tylko nie ma odważnego, który by to zrobił” – kwituje dr Schwarz.

Krajowa Rada Izb Rolniczych od kilku lat postuluje wprowadzenie tzw. zgody na mieszkanie na wsi. „Każdy, kto kupuje działkę na terenie wiejskim, powinien przy akcie notarialnym zaznaczać, że znane mu są uroki mieszkania na wsi i nie będzie z tego tytułu wnosił żadnych roszczeń” – wskazuje Robert Nowak. „Nasze gospodarstwa są na wsi od lat i to nasze prawa powinny być chronione. Jeśli ktoś kupuje obok nieruchomość, powinien mieć świadomość, że decyduje się na uciążliwości spowodowane sąsiedztwem z terenem rolniczym. Nie może być tak, że ze względu na to, że ktoś chciał wyjechać z miasta i mieć tzw. święty spokój, rolnicy muszą dostosowywać się do jego oczekiwań” – argumentuje.

Jak mówi, w rozwiązaniu problemu nie pomaga fakt, że obecnie budownictwo jednorodzinne powstaje tuż obok terenów, na których prowadzona jest produkcja rolnicza. „Podczas planowania przestrzennego na terenach wiejskich należałoby wydzielać obszary pod osiedla domków jednorodzinnych i tam, z dala od produkcji, lokalizować nowych mieszkańców” – wskazuje. Przyznaje jednak, że trudno będzie znaleźć złoty środek na terenach, gdzie funkcja obszarów jest przemieszana i domy stoją tam już po kilkadziesiąt lat albo i więcej.

Ciekawym tropem podążyła Francja, gdzie pod koniec stycznia Zgromadzenie Narodowe zatwierdziło projekt ustawy, która ma zdefiniować i chronić sensoryczne dziedzictwo francuskiej wsi, w tym dźwięki i zapachy, które je charakteryzują. W Polsce próbą ujęcia uciążliwości działalności rolniczej w paragrafy była tzw. ustawa odorowa. Nowe przepisy miały wprowadzić minimalną odległość dla planowanego przedsięwzięcia sektora rolnictwa, którego funkcjonowanie może wiązać się z ryzykiem powstawania uciążliwości zapachowej. Chodziło o duże hodowle, liczące więcej niż 210 tzw. dużych jednostek przeliczeniowych (co oznacza 210 krów czy 1500 tuczników) – takie gospodarstwa miały być oddalone od budynków mieszkalnych w myśl zasady im więcej zwierząt, tym dalej; fermy, liczące powyżej 500 DJP nie mogłyby być zlokalizowane bliżej niż 500 metrów.

Jak wyjaśniał resort środowiska, propozycja przepisów powstała pod wpływem licznych skarg na odory pochodzące z ferm hodowlanych. Tylko w 2018 r. Główny Inspektorat Ochrony Środowiska przyjął 2655 skarg w sprawie uciążliwości zapachowej. Projekt trafił do prac rządowych pod koniec marca ubiegłego roku; według założeń miał wejść w życie w lipcu, a potem we wrześniu, tymczasem nadal nie został zaakceptowany przez Radę Ministrów. Próba pogodzenia interesów okazała się niełatwa. Projekt został bowiem skrytykowany przez środowiska rolnicze. W opinii Krajowego Związku Pracodawców – Producentów Trzody Chlewnej potęguje on negatywne procesy zachodzące na polskiej wsi i utrudnia odbudowę produkcji trzody chlewnej w Polsce.

Sensownych przepisów brakuje, ale jednocześnie trzeba mieć świadomość, że nie rozwiążą one wszystkich kłopotów. „Niestety często koronnym argumentem, który powoduje, że w Polsce są tak ogromne problemy z lokowaniem jakichkolwiek inwestycji w produkcję zwierzęcą, jest postępowanie w myśl mądrości: śmierdzieć będzie wszystkim, a zarabiać będą tylko niektórzy.” – podsumowuje dr Tomasz Schwarz. Tymczasem konflikty na linii napływowi mieszkańcy – rolnicy wpisują się w szerszy problem. W Polsce w ostatnich latach maleje pogłowie trzody chlewnej, przez co duża część wieprzowiny w naszych sklepach to mięso z importu. Jednak inwestycje w fermy czy biogazownie rolnicze, które mogą w dużym stopniu neutralizować uciążliwość fermy, budzą protesty.

Autor: Anna Banasik