14 kwietnia 2020

Cenna polska żywność

Jacek Krzemiński

We Francji sektor rolno-spożywczy to jeden z trzech najważniejszych sektorów gospodarki tego kraju. Podobnie jest w tak rozwiniętych i bogatych państwach, jak Dania czy Holandia, ale i w Polsce. W naszym kraju branża rolno-spożywcza należy do trzech branż o największym eksporcie. Za granicę wysyłamy żywność o wartości, bagatela, 31 mld euro.

W debacie ekonomicznej w Polsce od lat pokutuje mit, że rolnictwo i cały sektor rolno-spożywczy to archaiczna, „schodząca” branża, że przestaje się ona liczyć w nowoczesnych krajach, a jej duży udział w PKB jest charakterystyczny dla zacofanych gospodarek. Na dowód przedstawia się fakt, że udział rolnictwa w PKB bogatych krajów Zachodu w ostatnich dekadach bardzo zmalał. Z tymi danymi jest jednak, jak z wszelkimi statystykami, które mogą bardzo zafałszowywać rzeczywistość. Jest bowiem mnóstwo danych i faktów, które przeczą wyżej opisanej tezie. To garść przykładów. Na liście najbogatszych krajów świata Dania zajmuje 9. miejsce (przy uwzględnieniu PKB na 1 mieszkańca – według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego), a Holandia – dwunaste. Oba te kraje zajmują też bardzo wysokie miejsca w innych gospodarczych rankingach. Np. w Europejskim Rankingu Innowacyjności, obejmującym wszystkie kraje Europy, Dania zajęła 3. miejsce, a Holandia – czwarte.

Niektórych może więc zdziwić, że w bardzo nowoczesnej i rozwiniętej holenderskiej oraz duńskiej gospodarce sektor rolno-spożywczy odgrywa ogromną rolę. Wartość eksportu produktów rolnych w Holandii to aż 90 mld euro (trzy razy więcej niż w Polsce). Dzięki temu ten mały kraj jest drugim największym eksporterem żywności na świecie (po Stanach Zjednoczonych), a branża rolno-spożywcza to jedna z jego najważniejszych branż eksportowych – jej udział w holenderskim eksporcie sięga 20 proc. By to się udało, rolnictwo w Holandii musiało bardzo się unowocześnić. Dziś należy do najbardziej zaawansowanych technologicznie sektorów tamtejszej gospodarki, walnie przyczyniając się w niej do rozwoju nowych technologii, czego przykładem są roboty do zbioru szparagów, wynalezione przez jedną z holenderskich firm.

To samo można by napisać o Danii, w której udział branży rolno-spożywczej w eksporcie jest jeszcze wyższy, sięgając 25 proc. Za granicę sprzedaje się większość produkowanej tam żywności. Ów sektor odgrywa bardzo ważną rolę w gospodarce także m.in. w Francji (rolnictwo i przemysł spożywczy należą w tym kraju do jednej z trzech najważniejszych branż), Hiszpanii, Włoszech czy Nowej Zelandii.

Podobnie jest w Polsce, bo ta branża należy u nas do trzech branż o największym eksporcie. Polski sektor rolno-spożywczy radził sobie w ostatnich dwóch dekadach wręcz lepiej niż cała polska gospodarka. Dowody? Od lat 90. nasz kraj importował więcej żywności niż jej eksportował. Odwróciło się to w 2004 r. i od tego czasu mamy nieprzerwanie nadwyżkę eksportu nad importem produktów rolno-spożywczych (w zeszłym roku przekroczyła ona 10 mld euro). Tymczasem, jeśli chodzi o wszystkie towary, to Polska więcej ich importowała niż eksportowała aż do 2014 r.

Na dodatek eksport polskich produktów spożywczych rośnie w oszałamiającym tempie. Od 2004 r. zwiększył się aż 6-krotnie, z 5,2 mld do 31,4 mld euro w zeszłym roku. Największy udział w nim ma żywiec, mięso i przetwory z niego, których sprzedaliśmy za granicę w 2019 r. za 6,5 mld euro.

95 proc. naszej drobiarskiej produkcji hodowlanej to firmy z polskim kapitałem

Co ciekawe, gdy wchodziliśmy do UE, wielu wieszczyło, że nasz sektor rolno-spożywczy, z bardzo rozdrobnionym rolnictwem i niższymi niż na zachodzie Europy unijnymi dopłatami dla rolników, polegnie na wspólnym rynku – w konkurencji z rolnikami i przetwórcami zachodnioeuropejskimi. Stało się zupełnie inaczej – nasza żywność zdobyła przebojem rynki unijnych krajów. Najlepszym tego przykładem jest branża drobiarska, bo Polska w ciągu dekady wyrosła na największego producenta i eksportera drobiu w UE. Co więcej, 95 proc. naszej drobiarskiej produkcji hodowlanej to firmy z polskim kapitałem.

Niezwykle rozwinęła się też w naszym kraju m.in. hodowla bydła mięsnego, choć jeszcze w latach 90. polski oddział McDonald’s musiał ściągać wołowinę z zagranicy, bo w Polsce brakowało odpowiedniego surowca (hodowaliśmy wtedy niemal wyłącznie bydło mleczne).

Niestety, są też negatywne przykłady. To np. hodowla trzody chlewnej, w której byliśmy kiedyś potęgą, a dziś importujemy wieprzowiny i żywca wieprzowego dużo więcej niż ich eksportujemy. Według danych KOWR eksport mięsa wieprzowego z Polski był wart w zeszłym roku 3,66 mld zł, a jego import do naszego kraju aż 6,3 mld zł. Sprowadziliśmy go najwięcej z Niemiec, Belgii, Danii, Hiszpanii i Holandii. Jeszcze gorzej jest w przypadku żywca. W 2019 r. wyeksportowaliśmy go za 53 mln zł, ale jego import sięgnął aż 2,1 mld zł, na co składają się przede wszystkim miliony warchlaków z Danii. Jak to możliwe, mogliby zapytać niektórzy, skoro Dania czy Niemcy są dużo droższymi krajami niż Polska i powinny mieć też droższą produkcję? Odpowiedź jest prosta. Większość hodowli trzody w Polsce jest rozdrobniona i mało profesjonalna, a przez to nie nowoczesna i mało wydajna. Zachodnioeuropejscy rolnicy mają dużo większe fermy i wygrywają z naszymi nie tylko większą wydajnością, ale także korzystając z tzw. efektu skali (skutkującego tym, że im większa produkcja, tym mniejsze koszty wyprodukowania jednej sztuki danego towaru).

To mogłoby się zmienić, bo nie brakuje rolników, którzy chcieliby wybudować i uruchomić duże, nowoczesne fermy trzody chlewnej. Ale niemal w każdym przypadku takie inwestycje blokowane są przez lokalne społeczności – często przy udziale władz lokalnych i państwowej administracji (służby ochrony środowiska). To o tyle zadziwiające, że w bardzo wyczulonych na ekologię Niemczech i Danii zagęszczenie ferm hodowlanych jest dużo większe niż w Polsce. Pogłowie trzody na każdy kilometr kwadratowy u naszego zachodniego sąsiada to 77 sztuk, w Danii – 298 sztuk, w Hiszpanii – 59 sztuk, a u nas jedynie 38.

Hodowla trzody nie jest jedynym segmentem rolnictwa, który jest dziś w Polsce w kiepskiej sytuacji. Drugi przykład to uprawa ziemniaków, które Polska też zaczęła importować, co wydaje się być kompletną aberracją. Bo warunki do uprawy tej rośliny mamy doskonałe.

To także skutek rozpowszechnionego u nas, choć nie mającego nic wspólnego z rzeczywistością stereotypu, że w rolnictwie tylko małe jest piękne, a duże gospodarstwa i duże fermy hodowlane są szkodliwe dla środowiska i produkują niezdrową żywność. To kolejny mit, bo w zdecydowanej większości krajów UE dominują duże gospodarstwa i duże fermy, przeciętnie o wiele większe niż Polsce, a mimo to unijna żywność uchodzi za najlepszą jakościowo i zdrowotnie na świecie. Perspektywy dla polskiej branży rolno-spożywczej są wciąż obiecujące. Choć stoją przed nią bardzo poważne wyzwania. Główne wiążą się ze zmianą unijnej polityki rolnej, jej „zazielenianiem”, naciskiem na stworzenie lepszych warunków dla małych i średnich gospodarstw i prawdopodobnym zmniejszeniem budżetu UE na rolnictwo. Kolejne wyzwanie to unijna polityka środowiskowa i klimatyczna, która uderza też w rolnictwo i przetwórstwo rolno-spożywcze. Uderza, bo skokowo zwiększa ich koszty. Do tego dochodzi panosząca się dziś moda na nie jedzenie mięsa i lobbying środowisk wegetariańskich, które domagają się – pod ekologicznymi hasłami – wprowadzenia „podatku od mięsa”. Mięsa, którego produkcja jest w rolnictwie bardziej dochodowa niż produkcja roślin. Mimo, że pomysł takiego podatku wydaje się absurdalny, to jednak część unijnych decydentów traktuje go całkiem serio. To pokazuje, jak bardzo zmieniają się i mogą jeszcze zmienić się warunki, w jakich funkcjonuje u nas rolnictwo i przetwórstwo rolno-spożywcze.