30 kwietnia 2020

Agro Fenomen

Jacek Krzemiński

Spółdzielcza Agrofirma Witkowo to największe gospodarstwo rolne w kraju. Kieruje nią od ponad 60 lat ta sama osoba – 89-letni Marian Ilnicki, który dopiero w tym roku wybiera się na emeryturę.

Aż 12,8 tys. ha ziemi (z czego 10 tys. własnej, reszta w dzierżawie), 1300 właścicieli (spółdzielców), 7,5 tys. sztuk bydła mięsnego i mlecznego – takimi liczbami może pochwalić się Spółdzielcza Agrofirma Witkowo z Zachodniopomorskiego. To jednak nie wszystko, bo oprócz tego witkowska spółdzielnia ma też dużą hodowlę trzody chlewnej  i drobiu. Produkuje pasze na swoje potrzeby, ma tłocznię oleju, ubojnie i zakłady mięsne oraz sieć 70 sklepów mięsnych, rozsianych na terenie trzech województw. Dzięki temu przetwarza wyprodukowane przez nią surowce rolne na gotowe produkty i sprzedaje je w większości we własnych sklepach (część trafia do hurtowników).

Charyzmatyczny prezes

Największym fenomenem jest jednak to, że prezesem Spółdzielczej Agrofirmy Witkowo od 1958 r. (czyli od 62 lat) jest nieprzerwanie ten sam człowiek: dziś 89-letni Marian Ilnicki, który dopiero w tym roku wybiera się na emeryturę.

Historia jego życia to gotowy materiał na scenariusz filmowy. Prezes Ilnicki pochodzi z Kresów, z woj. lwowskiego (wciąż mówi ze śpiewnym, kresowym akcentem), z rodziny szlacheckiej herbu Sas. Tuż po zakończeniu II wojny światowej, w związku z przyłączeniem Lwowszczyzny do Związku Radzieckiego, przeniósł się wraz z rodzicami na Pomorze Zachodnie. Przejęli tam jedno z poniemieckich gospodarstw rolnych i zaczęli na nim gospodarzyć. Rok później ojciec Mariana Ilnickiego zmarł. Przyszły prezes witkowskiej spółdzielni miał wtedy tylko 15 lat, ale jako jedyny mężczyzna w rodzinie musiał przejąć prowadzenie gospodarstwa. Niedługo potem spadło na niego kolejne nieszczęście. To były jeszcze lata stalinowskie, gdy w Polsce, tak, jak w innych ówczesnych krajach socjalistycznych, prowadzono przymusową kolektywizację rolnictwa. Polegała ona na tym m.in., że władze tworzyły odgórnie spółdzielnie rolnicze, zmuszając rolników do rezygnowania ze swoich gospodarstw i do przystępowania do spółdzielni. Marian Ilnicki przystąpić do niej nie chciał, bo – jak mówi – w czasie wojny, jeszcze na Kresach, napatrzył się z ojcem, jak w Związku Radzieckim powstawały i działały kołchozy, które np. przechowywały zboże w kopcach, pod chmurką. I dlatego nie chciał w czymś podobnym uczestniczyć.  Za odmowę przystąpienia do spółdzielni wcielono go przymusowo do wojska, na 3 lata. Na gospodarstwie została jego mama i siostry, które nie poradziły sobie z jego prowadzeniem. I tym sposobem ich ziemię i tak przejęła spółdzielnia. Gdy więc Ilnicki wrócił z armii, musiał rozglądać się za innym zajęciem.

pole, kombajn, zbiory,

– Przekwalifikowałem się na mechanika maszyn rolniczych – opowiada szef Agrofirmy Witkowo. – I dowiedziałem się, że w spółdzielni, do której nie chciałem wcześniej przystąpić, brakuje pracowników, szczególnie mechaników. Do tego spółdzielnia budowała dla swoich pracowników domki, które mi się podobały – dodaje.

Cień Gomułki

Skończyło się tym, że się tam zatrudnił i dostał jeden z tych domków, w którym zamieszkał z mamą i siostrami. Dyrekcja była z niego tak zadowolona, że chciała go awansować. Ale musiał w związku z tym się doszkolić. Pojechał na 6-miesięczny kurs. Kiedy go skończył, w kraju do władzy wrócił Władysław Gomułka, który wstrzymał kolektywizację rolnictwa. – Gomułka powiedział, że spółdzielnie rolnicze mogą nadal powstawać, ale już nie będzie zmuszać się rolników, by do nich przystępowali – opowiada nasz bohater. – Odtąd miały one być tworzone oddolnie.

Skutek był taki, że Marian Ilnicki znów nie bardzo miał do czego wracać.  Spółdzielnie rolnicze masowo się rozwiązywały i w jego spółdzielni też pojawił się pomysł jej likwidacji. Była za tym część spółdzielców, ale część, na której czele stanął sam Ilnicki, się sprzeciwiła. – Państwo chciało nas na tej ziemi uwłaszczyć, dać każdemu do 15 ha, ale my nie mieliśmy ani sprzętu ani budynków, żadnego zaplecza – opowiada. – I jak mieliśmy ją obrabiać? Motyką? Dlatego opowiedzieliśmy się za utrzymaniem spółdzielni.

Ta opcja ostatecznie wygrała, a Marian Ilnicki został prezesem spółdzielni. Początki były jednak bardzo ciężkie. Bo w witkowskim gospodarstwie, które miało 400 ha ziemi ornej i 200 hektarów podmokłych, nie bardzo nadających się do użytkowania łąk, z 50 spółdzielców zdecydowało się zostać tylko dziewięciu (potem ich przybywało).

Chcąc zasiedlić Ziemie Odzyskane, władze obiecywały cuda ludziom, którzy się tam przeniosą. Ale życie te obietnice szybko i boleśnie weryfikowało. Wielu ludzi, którzy przyjeżdżali z innych części Polski, by zatrudnić się w witkowskiej spółdzielni, po paru miesiącach – ciężkiej pracy i twardych, pionierskich realiów – rezygnowało. Unormowało się to dopiero po kilku latach. Prezes Ilnicki uznał, iż najlepszym sposobem na ściągnięcie i zatrzymanie pracowników będzie budowanie dla nich mieszkań, których w czasach PRL bardzo brakowało. I spółdzielnia zaczęła je budować. Metoda zadziałała.

Lepsze czasy

Spółdzielnia, pod sterami emocjonalnie związanego z nią prezesa, pasjonata rolnictwa, tak kwitła, że przyłączano do niej inne, okoliczne, gorzej radzące sobie spółdzielnie. Przejmowała kolejne grunty, dużo inwestowała i poszerzała swój profil działalności: o sadownictwo, szkółkarstwo, hodowlę owiec, bydła i drobiu, uprawę warzyw. Bardzo dobrze wykorzystała okres rządów Gierka, gdy gospodarstwa rolne mogły korzystać z niskooprocentowanych kredytów. Wtedy bardziej opłacało się inwestować z kredytu niż z własnych środków. M.in. dlatego, że zaciągane wówczas przez spółdzielnię pożyczki były nie tylko tanie, ale i w większości umarzane. Witkowskie gospodarstwo wybudowało wtedy wiele mieszkań dla swych pracowników oraz kilka ferm hodowlanych: bydła, owiec i drobiu. Wybudowała je własnymi siłami, mając własny zakład remontowo-budowlany.

– Za PRL w rolnictwie na wszystko był zbyt, nie trzeba było się martwić, czy będzie komu sprzedać – opowiada Marian Ilnicki. – Ale jeszcze jedno nam pomogło. Gdy spółdzielnia zaczęła sobie nieźle radzić, to wypracowane zyski dzieliliśmy pomiędzy pracowników, płaciliśmy im tak dobrze, że wszyscy chcieli u nas pracować. Dyrekcje okolicznych PGR-ów, które płaciły ludziom mniej, poczuły się tym zagrożone i napisały na nas skargę do partyjnych władz. Zostałem wezwany do Komitetu Wojewódzkiego PZPR.  I tam powiedziano mi, że już nie możemy dzielić między członków spółdzielni wszystkich pieniędzy, które ona wypracuje. Tę część, które nie mogliśmy między nich podzielić, składaliśmy więc na konto w banku. I ta górka pieniędzy na koncie cały czas nam rosła.

To, po 1989 r., uratowało witkowską spółdzielnię przed tragicznym losem, który spotkał zdecydowaną większość spółdzielni rolniczych i PGR-ów w Polsce. Leszek Balcerowicz, odpowiedzialny w tamtym czasie w rządzie za politykę gospodarczą, z dnia na dzień odebrał państwowym i spółdzielczym gospodarstwom nie tylko wszelkie subwencje, ale i dostęp do tanich kredytów. Ich oprocentowanie tak wzrosło, że większość tych gospodarstw przez to zbankrutowało. Na dodatek spółdzielnie przez nieuregulowane sprawy własnościowe musiały wykupywać grunty, na których gospodarowały, lub brać je w  dzierżawę od państwa. Ale na ogół nie było je na to stać. Jednak spółdzielnia w Witkowie miała tak dużo wolnych środków na koncie, że wykupiła za nie grunty, na których gospodarowała, spłaciła stare kredyty i nie musiała brać nowych.

Co więcej, nadal dynamicznie się rozwijała. Inwestowała, zwiększała wydajność i areał swych gruntów. Dobrze to ilustruje poniższy przykład: w 1993 r. przejęła w dzierżawę od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa trzy upadające gospodarstwa po byłych PGR-ach: w Rzeplinie, Krępcewie i Strzyżnie; o łącznym areału 3614 ha, z bardzo zaniedbanymi gruntami (w 95 proc. zaperzonymi) i niskimi plonami (zbóż – 15-18 q/ha, a rzepaku – 8 q/ha). Już po trzech latach po przejęciu przez witkowską spółdzielnię ich plony się podwoiły, a zatrudnienie znalazło w niej 220 osób – pracowników byłych PGR-ów, którzy stali się współwłaścicielami majątku witkowskiej spółdzielni. Przejęte stare i zdewastowane obiekty inwentarskie zostały gruntownie przebudowane oraz zmodernizowane. I jakby tego było mało, potem Spółdzielcza Agrofirma Witkowo wykupiła grunty tych gospodarstw od państwa.

Od socjalizmu do kapitalizmu

– Za socjalizmu jeździliśmy oglądać rolnictwo w innych krajach socjalistycznych, a za kapitalizmu zaczęliśmy odwiedzać kraje kapitalistyczne, żeby zobaczyć, jak tam ten sektor funkcjonuje – opowiada Marian Ilnicki. – I tam przekonaliśmy się, że nie wystarczy produkować surowce rolne, żeby produkcja była opłacalna. Ale trzeba je jeszcze samemu przetwarzać i sprzedawać gotowe produkty.

Witkowska spółdzielnia, która po upadku komunizmu, zmieniła nazwę na Spółdzielcza Agrofirma Witkowo, już w 1991 r. uruchomiła zakłady mięsne, w których przetwarzała mięso z własnej hodowli. Zaczęła też tworzyć własną sieć sklepów mięsnych. Już wtedy wcielała w życie koncepcję „od pola do stołu”, która do dziś jest jej głównym hasłem reklamowym.

Dzięki tej koncepcji przetrwała wszystkie trudne sytuacje, które ją od lat 90. spotykały. Nawet takie, jak powodzie, które dotykały jej główny zakład w Witkowie. Witkowska spółdzielnia cały czas starała się też nadążać za rynkowymi trendami. Stąd np. postawienie na bydło mięsne i zmniejszenie na jego rzecz hodowli bydła mlecznego. Ciągle też unowocześniała się, a w ślad za tym zwiększała swą wydajność. Poprzez swój model zarządzania i swe innowacyjne działania stała się ważnym ośrodkiem propagowania nowoczesnych technologii produkcji rolniczej. Z doświadczeń witkowskiej Agrofirmy korzystają nie tylko naukowcy i studenci z regionu, lecz również z innych polskich uczelni oraz zagranicznych. Odwiedzają ją też przedstawiciele innych spółdzielni rolniczych, dla których jest ośrodkiem szkoleniowym.

Marian Ilnicki mówi, że kocha rolnictwo, że zawsze czuł się przede wszystkim rolnikiem, nigdy nie chciał być kimś innym. Jednocześnie wiedział, że ludzie z rolnictwa uciekają, wolą życie w mieście, a przecież to oni są podstawą rozwoju przedsiębiorstwa rolnego. Dlatego zawsze starał się dbać o pracowników, którzy są zarazem członkami spółdzielni. Starał się też, by dobrze zarabiali. Gdy rozmawia się z mieszkańcami Witkowa oraz okolic, z których bardzo wielu pracuje w Spółdzielczej Agrofirmie, rzuca się w oczy, że prezes Ilnicki cieszy się u nich niekłamaną sympatią i szacunkiem.  – Ludzki szacunek to największy skarb, nie można go kupić za żadne pieniądze – mówi Marian Ilnicki. I trudno z nim się nie zgodzić.